Do pomóż. Pomoc w kierunku określonym. Pomoc niepełna, pomoc upita. Dopełnij pomoc. Ja mam fundament. Ja mam fundusz na tę pomoc. Procent, promil funduszu. Ty przyjdź, zrób za mnie to co nie umiem, co nie mogę, może być na kredyt.
Odsetek śmiechu. Zęby widać. Straszę i zachęcam. Zochydzam i kokietuję. Widzę i oczy zamykam. Zmykam i odwracam łeb.
Ślę uzdrowienia, acz nie moje, nie umiem, Chciałbym widzieć zmarłych, żywi bywają za bardzo. Nie wadzą jedni i drudzy. Na końcu jestem sam. Ja nie mam skrzydeł, ty nie masz, i ćma nie ma też.
. . .
piątek, 5 sierpnia 2016
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Szanuje, lubi, kocha, nie szanuje, nie lubi, nie kocha. Takie jest życie moja piękna. Gdybyś powiedziała mi, że takie jest życie - nie uwierzyłbym.
Takie jest życie - mówię i obrywam płatki. Płatki śniegu. Jeden po drugim. Drugi po pierwszym Trzeci po deszczu. Nie znoszę, zwłaszcza w dół góry. Karpaty. To jak myśleć, że na szczycie jest więcej boga. Tak właśnie myślę. Tam spacerują umarli na równi z tymi co po prostu nie żyją.
Gęsta, lepka maź oblepia mi usta i pali gardło. To jest stężała krew, ona płynie w miejscu, jak rzeka odra jak rzeka wisła i jak rzeka warta. Ona określa moje miejsce i nienawidzi tego miejsca. Tak samo jak missouri czy gangesu. Owa nie ścierpi żadnego cieku płytkiego na miarę człowieka.
Kwiat dawno wyrzucony bez płatków, by to zrozumieć trzeba wyobrazić sobie wyładowany iphone. Nawet księżyc nie wznieci pływu godnego zmartwychwstania. Nie ma morza, nie ma darni, ani nie ma skóry, która schowałaby taki wyrzut sumienia. Nie ma kapłana który by odpuścił.
Może bóg z odległych mgławic spoglądając na krainę błota zobaczy tę pluskwę na pajęczynie cywilizacji i powie - oto jest z nieba zbawiciel, oto jest nikt.
Kto może nam pomóc?
Nikt.
Nadzieja w nikim.
. . .
kiedy mówią ci tak już jest
patrz im głęboko w oczy
bo nie znosi nikt z nich
gdy podważa się im stereotyp
Takie jest życie - mówię i obrywam płatki. Płatki śniegu. Jeden po drugim. Drugi po pierwszym Trzeci po deszczu. Nie znoszę, zwłaszcza w dół góry. Karpaty. To jak myśleć, że na szczycie jest więcej boga. Tak właśnie myślę. Tam spacerują umarli na równi z tymi co po prostu nie żyją.
Gęsta, lepka maź oblepia mi usta i pali gardło. To jest stężała krew, ona płynie w miejscu, jak rzeka odra jak rzeka wisła i jak rzeka warta. Ona określa moje miejsce i nienawidzi tego miejsca. Tak samo jak missouri czy gangesu. Owa nie ścierpi żadnego cieku płytkiego na miarę człowieka.
Kwiat dawno wyrzucony bez płatków, by to zrozumieć trzeba wyobrazić sobie wyładowany iphone. Nawet księżyc nie wznieci pływu godnego zmartwychwstania. Nie ma morza, nie ma darni, ani nie ma skóry, która schowałaby taki wyrzut sumienia. Nie ma kapłana który by odpuścił.
Może bóg z odległych mgławic spoglądając na krainę błota zobaczy tę pluskwę na pajęczynie cywilizacji i powie - oto jest z nieba zbawiciel, oto jest nikt.
Kto może nam pomóc?
Nikt.
Nadzieja w nikim.
. . .
Są dwie możliwe odpowiedzi. Jeśli żadna nie jest dobra - wybieram trzecią. Drę arkusz. Przewracam stół. Zmieniam życie. Czyjeś. Rzadziej swoje. Wyję.
Jest kartka papieru na której notuję życie. Notuję: wódka, papieros, stos. Wszystko płonie. Kartka, popiół. Popiół w oku. Oko w skrócie. Bój w hucie.
Nie oglądam, a widzę. Nie słucham a słyszę. Nie szanuję, a czuję. Nie słońce, a mrużę. Nie kot, a mruczę. Nie wzlot, a spadam. Nie grunt, a leżę. Zwłoki z minionej epoki. Dawniejszej niż.
Nie żyję. Niech żyje, król. Much. Muszy król. Musi król. Ja nie król. Ja nie mam ról. Ja chcę mieć rolę. Uprawiać wolę. Niekończącą się opowieść. Neverending scrolling.
Nie ma nic. Jestem ja i ty. Nie ma nas. Jest świat. Nie ma świata. Jest krata. Ja po jednej, ty po drugiej. Bez dopowiedzeń. Bez odwiedzeń. Bez, czarny i pachnący, jak kiedyś.
Naiwne garści. Garstki wiary. Wiorsty kary. Nie czas na mile podróży. Smartfon w buzi. Nikt się nie obudzi. Może ty, może ja. Kto wie. Trwam, trwaniem traw. Tratw.
Stos płonie. Etos gonię. Nie dościgam. Nic nie widać. Nie jest ciemno. Światło oślepia. Wielka głębia. Tonę. To nie. Daleki jest świat, zza lad.
Porcja śmiechu. Bez odwetu. Bez skazy. Nie mam za złe. Przetrwam każdą obojętność. Sam jestem bardziej taki niż owaki. Na trąbach grają skały. Stos wiary.
. . .
Jest kartka papieru na której notuję życie. Notuję: wódka, papieros, stos. Wszystko płonie. Kartka, popiół. Popiół w oku. Oko w skrócie. Bój w hucie.
Nie oglądam, a widzę. Nie słucham a słyszę. Nie szanuję, a czuję. Nie słońce, a mrużę. Nie kot, a mruczę. Nie wzlot, a spadam. Nie grunt, a leżę. Zwłoki z minionej epoki. Dawniejszej niż.
Nie żyję. Niech żyje, król. Much. Muszy król. Musi król. Ja nie król. Ja nie mam ról. Ja chcę mieć rolę. Uprawiać wolę. Niekończącą się opowieść. Neverending scrolling.
Nie ma nic. Jestem ja i ty. Nie ma nas. Jest świat. Nie ma świata. Jest krata. Ja po jednej, ty po drugiej. Bez dopowiedzeń. Bez odwiedzeń. Bez, czarny i pachnący, jak kiedyś.
Naiwne garści. Garstki wiary. Wiorsty kary. Nie czas na mile podróży. Smartfon w buzi. Nikt się nie obudzi. Może ty, może ja. Kto wie. Trwam, trwaniem traw. Tratw.
Stos płonie. Etos gonię. Nie dościgam. Nic nie widać. Nie jest ciemno. Światło oślepia. Wielka głębia. Tonę. To nie. Daleki jest świat, zza lad.
Porcja śmiechu. Bez odwetu. Bez skazy. Nie mam za złe. Przetrwam każdą obojętność. Sam jestem bardziej taki niż owaki. Na trąbach grają skały. Stos wiary.
. . .